wtorek, 5 maja 2015

Marzenie z dzieciństwa

Cofnijmy się na moment do roku 1999, szkoła podstawowa, lekcja Przyrody. Uczymy się o dalekich krajach za oceanem. Na stronie wielki obrazek przedstawiający monstrualne wodospady skąpane brazylijską selwą. Chciałabym zobaczyć kiedyś na żywo te wodospady-myślę sobie-bardzo bym chciała...tylko to tak daleko, za wielkim oceanem. Zasiałam wówczas to marzenie głęboko w głowie.  

Wrzesień roku 2014, gdzieś na styku Brazylii, Paragwaju i Argentyny. Wita mnie olbrzymi napis  Welcome All nations in one of the 7 wonders of the world...i to uczucie kiedy  marzenia się urzeczywistniają.

To moja osobista retrospekcja. A teraz pomyślcie o jakimś swoim dziecięcym marzeniu. Udało Wam się je zrealizować, zdezaktualizowało się? A może zostało gdzieś głęboko w kieszeniach wytartych sztruksów? Często odkładamy nasze marzenia na półkę i już więcej nie sięgamy po nie. W wirze codzienności zapominamy o swoich potrzebach, uczestniczymy w gonitwie, ale gonitwie za czym? Wymówkami są brak czasu, spoczywająca odpowiedzialność a w rzeczywistości wystarczy sięgnąć ręką po marzenia i konsekwentnie dążyć ku ich spełnieniu. Czasem trwa to krótką chwilę lub 15 lat tak jak w moim przypadku i wymaga wielu poświęceń i dylematów, ale wierzcie mi, że poczucie, które towarzyszy spełnieniu warte jest trudu włożonego w jego realizację. Ja w życiu kieruję się maksymą: Przyszłość należy do tych, którzy wierzą w piękno swoich marzeń. Zatrzymaj się na chwilę w peletonie życia człowieku i pomyśl, czy to co robisz przynosi Ci satysfakcję i czy możesz powiedzieć, że jesteś w pełni szczęśliwy.

Ja przemierzyłam nie tylko 1500 km z Rio de Janeiro, a także miliony kilometrów wijącą się drogą w ciągu wielu lat, aby oczom mógł ukazać się ten niecodzienny widok. Wodospady były naszym kolejnym pit stopem wraz z całą ekipą. Dotarcie na południe Brazylii zajęło nam jednak dużo więcej czasu niż przypuszczaliśmy, demaskując tym samym funkcjonowanie autostopu w tym kraju. Najczęściej kierowcy widząc mnie i dwójkę facetów wraz ze mną proponowali, że zabiorą tylko mnie, przywykliśmy też do stania godzinami na poboczu w brazylijskiej spiekocie. Gdy w końcu udało nam się złapać stopa, wylądowaliśmy na stacji benzynowej pod São Paulo, gdzie spotkaliśmy Harego i Soskę, którzy wyjechali z Rio dzień przed nami i utknęli na wieki na tejże stacji. Połączyliśmy siły, ale nikt nie zwracał na nas najmniejszej nawet uwagi. Po wielu godzinach, oglądający nasze poczynania i widzący eskalujące zrezygnowanie brazylijski kierowca tira zawołał nas do siebie i zaproponował że za parę godzin wyrusza i wywiezie nas za São Paulo. Brzmiało to co najmniej jak wybawienie. Nie zabrakło przy tym dodatkowych atrakcji. Na początku nasz kierowca wpadł na pomysł, żeby 5 osób z wielkimi plecakami upchać w kabinie, ale po mojej minie uznał, że otworzy dla nas podwoje swojej paki. Czekała nas jazda po wyboistych (to mało powiedziane) brazylijskich drogach w środku nocy z szalonym kierowcą na nieoświetlonej pace. Rollercoaster to był przy tym pikuś, tak nas trzęsło. Kiedy wysiedliśmy okazało się, że nie jesteśmy całkowicie poza granicami miasta i czeka nas ok. 6 km marsz w stronę orientacyjnego wylotu z molocha jakim jest Sao Paulo, co więcej o północy w bliskiej odległości faweli. Po wyczerpującym dniu i nocnym trekkingu tabor rozłożył się w ciągu minuty przy drodze w śpiworach, co stało się już stałym elementem podczas naszej wyprawy. Rozkładamy obóz tam gdzie akurat zmorzy nas sen, bo tak jest najwygodniej i najprościej.  

Kolejnego dnia rozdzieliliśmy się. Prokop tym razem pojechał z Harymi i Soską a ja zostałam z Sosą. Nie mając mapy ze sobą zboczyliśmy nieco z głównej drogi wiodącej na wodospady, ale najwyraźniej nie bez kozery. Będąc przed miejscowością Ponta Grossa uświadomiłam sobie, że stąd pochodzi mój wolontariusz Lucas z projektu, który organizowałam jeszcze podczas studiów. Skontaktowałam się z nim, mówiąc, że tak się złożyło, że jestem nieopodal jego miejscowości i pytając, czy się spotkamy. Zaskoczony Lucas przełknąwszy informację, że jestem w Brazylii wyjechał nam na przeciw i spędziliśmy z nim cały wieczór. Zaowocowało to wspominkami sprzed lat, graniem na gitarze, piciem brazylijskiego trunku Cachaça i po raz pierwszy od paru tygodni noclegiem w wygodnym cieplutkim łóżeczku.

Wyspani i naładowani supermocą ruszyliśmy rano w kierunku Foz. Niestety szczęście na moment odwróciło się od nas i cały dzień spędziliśmy próbując wydostać się z Ponta Grossa. Ale jak to przewrotnie w życiu bywa kierowca, który się zatrzymał, jechał prawie do samego Foz do Iguazu. Do miasta dojechaliśmy za darmo taksówką, a z miasta wzięliśmy autobus na wodospady. Naszych ziomków nie trudno było odnaleźć. Jak to banda autostopowiczów, zobaczyliśmy ich rozłożonych z namiotami w lasku tuż przy wejściu na wodospady. Jako, że czekali na nas dwa dni i odrobinę się nudzili, chłopcy zakupiwszy uprzednio maczetę, wybrali się do dżungli szukać „alternatywnej”, bezpłatnej i zgoła karkołomnej drogi na katarakty. Wytyczyli szlak, pozostało tylko i wyłącznie w 9 osób przedrzeć się niezauważonym przez strażników w dżunglę z wielkimi plecakami. Brzmi abstrakcyjnie i niemożliwie? I takim też było. Co prawda podzieliliśmy się na mniejsze grupy. Ja byłam w pierwszej, ale zostaliśmy momentalnie zauważeni przez strażników wchodząc z plecakami w dżunglę. Wybiegło za nami dwóch strażników z bronią i wyprowadziwszy z selwy dopytywali co robimy. Na szczęście Haremu udało się w ostatniej chwili ukryć maczetę w karimacie i puścili nas bez żadnych reperkusji. Po operacji zakończonej fiaskiem pokornie udaliśmy się do kas zakupić bilety. Taki oto polski blamaż…

Najpierw usłyszałam z oddali spiętrzone tony wody przelewające się w paszczę wodospadu a później to zobaczyłam. Widok dosłownie zapierający dech w piersi. Uświadomiłam sobie w jednej chwili siłę i bezwzględność żywiołu. Zeszliśmy w dół na metalowy pasaż prowadzący w czarę głównej katarakty. Poczułam się jakby ta przeogromna masa wody miała mnie w sekundę zmyć z powierzchni, niesamowite uczucie.



Nad czeluścią rozpościerała się tęcza. Postanowiliśmy zostawić po sobie pamiątkę i przykleiliśmy na barierce głównego punktu widokowego polską wlepkę autostopową. Ponadto dowiedzieliśmy się, że jesteśmy szczęściarzami, bo kładkę wiodącą do najbardziej spektakularnego miejsca Garganda do Diablo, na nowo otwarto dla zwiedzających całkiem niedawno. Przedtem zbyt duże opady spowodowały jej częściowe zalanie i była zamknięta. Będąc w tym miejscu, uświadomiłam sobie jeszcze jedną istotną rzecz. Bardziej niż wodospady, na które czekałam tyle lat, cieszyło mnie, że jestem tam ze wszystkimi moimi przyjaciółmi, którym również szczęśliwie udało się dojechać w to miejsce. Prawdą jest bowiem, że szczęście wówczas jest prawdziwe, gdy dzielone z innymi. 

Wróciwszy z powrotem do miasta i czekając na dworcu na autobus na granicę z Paragwajem zaczęliśmy grać i śpiewać. Dołączyło do nas paru Peruwiańczyków, którzy mieli swoje etniczne bambusowe instrumenty typu tampoña i wykreowało się z tego improwizowane dworcowe jam session. Żegnaliśmy Brazylię, ostatni nocleg pod bramami największej elektrowni wodnej na świecie Itaipu, wspólna kolacja, rozmowy i wrażenia z pierwszych dni stopowania po Ameryce, a także nieoczekiwane spotkanie z kapibarą, która jak gdyby nigdy nic leniwie wyszła sobie z dżungli prosto w nasz obóz, nie robiąc jednak przy tym żadnych szkód.

Obrigada Brasil! Następna stacja - Paraguay. Vamonos!  

















poniedziałek, 23 lutego 2015

Najpiękniejsze miasto świata?!

2.09.2014 - 4.09.2014

Po totalnym ekstremum związanym z lotem znaleźliśmy się wreszcie na płycie lotniska w Rio de Janeiro. Znów mamy drugi września, jakaś dziwna godzina, w głowach szum i niepewność tego co nas czeka. Pierwsze zdziwienie, bo czym też byłaby nasza podróż bez permanentnego elementu zaskoczenia, czeka na nas przy odbiorze bagażu. Oprócz naszych plecaków znajdujemy toboły chłopaków (sic!), którzy lot mieli jeden dzień przed nami. Nie mieliśmy pojęcia, co mogło się stać. Przychodziły nam do głowy różne myśli- od czarnych wizji porwania po bardziej prawdopodobne zalanie w trupa pokładowym alkoholem. Okazało się, że najzwyczajniej chłopcy przylecieli, ale ich plecaki doleciały później. Rozbiliśmy się wszyscy razem z naszym taborem pod palmami przy lotnisku i słuchaliśmy opowieści i wrażeń chłopaków z dnia pierwszego, głównie, jak to mają w zwyczaju o jedzeniu, alkoholu i dziewczynach.


Ekipa Ekspresowego Rozkładania Taboru

Zebrawszy w deszczu tabor i przy okazji reprymendę od policjantów patrolujących lotnisko, wybraliśmy się do osławionego Rio. Miasta molochy, ech nie lubię ich, męczą mnie, przytłaczają... dlatego nie potrafię być obiektywna. Natomiast nazwanie Rio najpiękniejszym miastem na świecie jest według mnie zdecydowanie na wyrost. Jest to bez wątpienia miasto kontrastów. Bieda dzielnic nędzy sąsiaduje tu drzwi w drzwi z bogactwem. Obok blaszaków czy tekturowych domów faveli stawiane są nowoczesne biurowce czy wille brazylijskich bogaczy. Obok żebrających mas ludzkich, głodujących i błagających o pomoc, przechadzają się goście w drogich garniturach z nosami zadartymi wyżej niż wieżowce, nie widzą bezdomnych, nie chcą widzieć... Teoretycznie miałam świadomość jak to wygląda, ale zobaczyć to na własne oczy...skala ubóstwa w Brazylii jest naprawdę porażająca. Niesie to za sobą bardzo dużą przestępczość. Jest masa drobnych rzezimieszków tak zwanych ladrones jak i częste napady z bronią. Codziennie na ulicach giną ludzie...dużo ludzi. Byliśmy świadkami policyjnej łapanki na złodziei w sercu miasta. Nas również niejednokrotnie miała na oku banda złodziejaszków, dlatego chodziliśmy cały czas w grupie. Już dawno doszłam do wniosku, że nie rozumiem świata, że chyba pomyliłam epoki. Dzień po dniu coraz mocniej tego doświadczam. Dlaczego ludzie głodują, podczas gdy inni wiodą hulaszcze, wystawne życie? Konsumpcjonizm i globalizacja pożrą nas niedługo. Jemy o wiele za dużo niż w rzeczywistości potrzebuje nasz organizm, wyrzucamy bezwiednie jedzenie na co ja osobiście nie mogę patrzeć. A ci ludzie na ulicach nie proszą o wiele, proszą o kawałek bułki, którą ty człowieku wyrzucisz do kosza bo ci nie smakuje albo jest czerstwa...I znieczulica na otaczające nas zewsząd problemy społeczne. Dlaczego? Bo to nie moja sprawa? Owszem życie na świecie jest naszą sprawą i czas byśmy sobie to uświadomili. Brazylia to tylko przykład, nagłośniony ostatnio w związku z Mistrzostwami a takich miejsc na świecie są miliony. Dygresja...do przemyślenia.



Copa- Copacabana







Aby uciec od zgiełku zatłoczonego miasta pojechaliśmy na Copacabanę. Niecodzienny widok, słynna plaża była praktycznie opustoszała, a już na pewno nie było śmiałka który "zimą" wszedłby do oceanu. Ale nie Polacy. Polacy rzecz jasna, jak to Polacy pierwszym co uczynili był nur do oceanu we wtórze pokrzykiwań i pisków dziewcząt. Fale były monstrualne, zabawa przednia a miny Brazylijczyków bezcenne. Z braku perspektyw noclegowych zdecydowaliśmy, że kolejną noc przekoczujemy również na lotnisku. Wraz z Prokopem i Sosą uznaliśmy, że mamy niedosyt i pójdziemy jeszcze jutro obejrzeć panoramę Rio z Pão de Açúcar, czyli jednej z Cukrowych Głów górujących nad Miastem Boga i może bardziej wkręcimy się w klimat miasta.


Miku






Oblężenie Prokopa przez małpki Miku


Prokopowi udało się nareszcie kupić wymarzoną gitarę i w końcu miał kompletny wędrowniczy rynsztunek. Porobiliśmy bańki mydlane na ulicy, co spotkało się również z zaskoczeniem przechodniów. Na Głowę Cukru, która ma niespełna 400 m n.p.m weszliśmy akurat idealnie na zachód słońca i roztoczył się przed nami pastelowy, rozświetlony milionem lamp krajobraz miasta, które nigdy nie zasypia. W oddali widać było również górę Corcovado i podświetloną statuetkę Chrystusa, Ipanemę, Zatokę Guanabara. Prokop zaczął grać na gitarze, kontemplacja, magia, jakby to banalnie nie zabrzmiało warto żyć dla takich chwil...aż mam ciary jak to piszę.

Ale w całej tej afirmacji zapomnieliśmy o jednym, trzeba jechać na wylotówkę z Rio de Janeiro i przekonać się, czy w tym kraju możliwe jest w ogóle jeżdżenie autostopem. Wyjazd na wylot z miasta trwał ponad dwie godziny i to bez korków! Ale i ze stopem w nocy jakoś poszło. Zapytałam na stacji młodego chłopaka, czy nie zabrałby ze sobą mnie i moich kolegów. Kierowca, na początku nieufny i zdziwiony niecodzienną jak to określił sytuacją, zgodził się zabrać naszą trójkę, upewniając się wcześniej czy nie mamy narkotyków. To przecież takie normalne...Carona (autostop) w Brazylii??? To niemożliwe. Carona przez całą Amerykę Południową, tym bardziej- skwitował. João czyli polski Jasiek okazał się być kadetem w armii. Mogłam z nim swobodnie porozmawiać, gdyż mówił dość dobrze po hiszpańsku. Był oczytany, wiedział sporo o Polsce, posiadał znaczną wiedzę historyczną, szczególnie o II wojnie światowej. Mówił, że bardzo chciałby pojechać do Europy i wypytywał mnie jak wygląda życie na naszym kontynencie. Jeśli tak będzie dalej to trafiliśmy do raju- pomyślałam sobie. Nocleg nas jednak nie rozpieścił. Z bankomatu ochroniarze wygonili nas do specjalnej strefy dla dworcowych lumpów, skąd o 5 nad ranem przepędzono nas pod śmietnik McDonalda. Niech żyje życie, niech żyje włóczęga!

Byliśmy w połowie drogi do São Paulo. Do Foz do Iguaçu, gdzie został ustalony kolejny wspólny przystanek już w dziewiątkę, bo dziewczyny zdecydowały się jednak jechać naszą trasą, dzielił nas dystans ponad 1200 km. Okazała się to być baaaaardzo długa i wyczerpująca droga z masą przygód.






Widok z Pão de Açúcar na Jezusa



i zatokę Guanabara


niedziela, 1 lutego 2015

Zdążyć na lot do Ameryki

Ameryka Południowa od zawsze była gdzieś w moich myślach, aż w końcu narodziło się wielkie marzenie. Przemierzyć ten kontynent wzdłuż i wszerz, poznać zupełnie inny świat- świat, który od zawsze mnie fascynował. Ale jak to często bywa z marzeniami zostają odkładane do szuflady na tzw. ,,odpowiedni czas". Na szczęście w porę zrozumiałam, że ten odpowiedni czas to teraz, zaraz, ten właśnie moment. Tak naprawdę ten prawdziwy odpowiedni czas nie nadejdzie nigdy, z czasem dojdą tylko dodatkowe obowiązki, które będą narastały i istnieje realne niebezpieczeństwo, że nie spełnimy nigdy naszych marzeń. 

Podjęłam zatem decyzję. Rzuciłam pracę w korporacji i odłożywszy nieco grosza dałam się ponieść przygodzie. Dosłownie...bo mieliśmy wykupiony tylko lot do Rio de Janeiro. Reszta pozostawała owiana nimbem tajemnicy, co było nieco szalone ale równocześnie fascynujące i podniecające.

Wyruszyłam...dokładnie 26 sierpnia 2014 roku. Była nas dziewiątka wspaniałych. Każdy wyruszył w innym czasie, ale mieliśmy spotkać się na Gibraltarze, aby pożegnać naszego kolegę Fazę, który miał w zamiarze przemierzyć jachtostopem Ocean Atlantycki i dotrzeć aż na Antarktydę, żeby napić się wódki z pingwinami. Tak właśnie. Moi kochani znajomi...nie oddałabym ich za nic! Byli oni i są na pewno w dużej mierze motorem moich działań. 

Ostatnia wymiana zdań z mamą. Pyta:
-Dziecko kiedy ty wrócisz? Wrócisz w ogóle...?
-Tak mamo wrócę... kiedyś.
 I pojechała....Już na Bielanach z Agą spotkałyśmy Henry'ego- skrzypka z Hongkongu, który po raz pierwszy łapał stopa w Europie. Pomyślałam sobie wtedy ile osobistości, ilu inspirujących ludzi spotkam na swojej drodze. Dlatego właśnie podróżuję autostopem. Poznałam i poznaję prześwietnych ludzi, słucham ich historii, czasem staram się motywować gdy słyszę, że wpadli w sidła monotonii. W życiu chodzi bowiem o ludzi, których napotykamy na swojej drodze. Nim się obejrzałyśmy przejechałyśmy Niemcy i Francję. Nocleg na łonie matki natury która utuliła nas do snu i nieoczekiwane śniadanie w postaci ciepłych croissantów od nieznajomego starszego Francuza. Zawsze podczas podróży rozczulają mnie ludzkie gesty dobroci, nakarmienie, podwózka dalej niż w planach czy zwykły uśmiech na widok wędrowców z wielkimi plecakami.


Wraz z Henrym Zgorzelcu


Bienvenido a Espana! Widzę znajomy znak na granicy. Wracam tu po dwóch latach nieobecności. Hiszpania nieodłącznie związana jest z jednym z lepszych okresów mojego życia. To tu spędziłam siedem miesięcy studiując w Sevilli. Ach! wspomnienia wróciły! Również tym razem Hiszpania zaserwowała multum wrażeń. Zaczęło się od niecodziennej sytuacji w jakiej znalazłyśmy się z Agą. Wyobraźcie sobie: ciemno, brak potencjalnej miejscówki do spania, postanawiamy łapać stopa nocą. Czekamy o dziwo parę minut i człowiek się zatrzymuje. To Marokańczyk w stanie bardzo, ale to bardzo wskazującym na nietrzeźwość. Zaproponował nam od razu trzy rozwiązania. Primo on jedzie na imprezę, więc możemy mu towarzyszyć. Secundo może nas zawieźć na trasę wylotową z miasta. Tertio możemy przespać się w jego mieszkaniu i on rano przyjedzie i nas wywiezie na naszą trasę. Marzyłyśmy o ciepłej kąpieli, wygodnym łóżku i odpoczynku, więc wybrałyśmy opcję trzecią. Jak się miało okazać chyba najgorszą...

Aga idąc spać otoczyła się wszelkimi możliwymi przedmiotami mogącymi unieszkodliwić atakującego nas Marokańczyka. Koło łóżka znalazły się więc między innymi wałek, gaz pieprzowy, płytki ceramiczne itp. Nasz ,,gospodarz" pojechał na imprezę i miał nas otworzyć o godzinie siódmej rano. Minęła siódma, ósma, dziesiąta, dwunasta a jego nadal nie ma. My zamknięte w mieszkaniu na trzecim piętrze, bez jedzenia, wody i pomysłu. On nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kim jest...sytuacja zdawałoby się patowa. Ale nie dla nieustraszonych podróżniczek. Aga szukała rozwiązania w mieszkaniu przeszukując tym razem wszystko co mogłoby pomóc w wyłamaniu drzwi. Ja przez okno nawoływałam, że jesteśmy uwięzione i czy ktoś może nam pomóc. Przechodnie jednak uznali to za żart, pukając się przy tym znacząco w czoło. W akcie desperacji Aga wpadła na pomysł, że może jesteśmy tylko zatrzaśnięte a nie zamknięte na klucz a że klamki nie było w drzwiach wejściowych wykręciłyśmy ją z innych drzwi i.....wydostałyśmy się! EUREKA, szkoda że po sześciu godzinach! WOLNOŚĆ, znów poczułyśmy słodki smak wolności. Chciałabym zobaczyć minę Marokańczyka gdy w końcu wrócił do mieszkania.

Niedługo potem udało nam się dotrzeć na Gibraltar i spotkać resztę ekipy. Byłyśmy przygotowane na nocleg w wersji standard czyli plaża-śpiwór. Tym większym zaskoczeniem był dla nas fakt, że Faza załatwił nam pobyt na jachcie za zapłatę o wartości kraty piwa dla kapitana. Opalanie na marinie, skoki z jachtu, pełen odlot. Tak bardzo zachłysnęliśmy się przebywaniem w tak cudnym miejscu, że niemal spóźniliśmy się na samolot...A było to tak:

Skoro już byliśmy na Gibraltarze w noc poprzedzającą nasz wyjazd postanowiliśmy zrobić przemarsz na górę do małpek. Wróciliśmy o szóstej nad ranem, położyliśmy się na chwilę spać i cały dzień chodziliśmy jak cienie, zupełnie nie mając ochoty zbierać się na trasę do Malagi, rzecz jasna planowaliśmy jechać autostopem. Wieczorem byliśmy nadal w powijakach. Były nas dodatkowo cztery osoby: ja, Aga, Soska i Jajo, co zmniejszało nasze szanse. Wprawdzie udało nam się wyjechać z Gibraltaru, ale utknęliśmy niedaleko za miastem. Było już bardzo późno a na odprawę musieliśmy stawić się wcześnie rano. Nikt nie chciał się dla nas zatrzymać. W końcu miła Angielka mieszkająca w Hiszpanii udzieliła nam pomocy. Zawiozła nas do miasta skąd kursowały autobusy do Malagi. Mimo wszystko autobus był ostatecznością, gdyż docierał na miejsce w porze naszej odprawy. Dlatego postanowiliśmy nie poddawać się i próbować wciąż sił przy drodze. Zmarnowani poszliśmy w końcu spać. Wtem Jajo budzi mnie, żebym dogadała się z gościem, który nieoczekiwanie się zatrzymał. Chłopcy powiedzieli, że jak im zapłacimy to nas zawiozą bezpośrednio na lotnisko. Zgodziliśmy się od razu i około trzeciej nad ranem powitał nas port lotniczy w Maladze. Szybka drzemka, szybka odprawa i siedzimy wygodnie w pokładowych fotelach.
'Witamy Państwa na pokładzie linii Iberia. Lot do Rio de Janeiro potrwa 11 godzin'- rozległ się głos w słuchawce. Ufff... udało się, zatem ahoj przygodo!


Ekipa na jachcie








piątek, 18 lipca 2014

Preludium

Gwoli wstępu...zastanawiało mnie często, co jest na tyle ponętnego w blogach i wszelkiego rodzaju aktywnościach internetowych, że tylu ludzi oznacza tu swoją obecność znacznym piętnem. W niepamięć odchodzą książki, dzienniki, coraz rzadziej tworzymy albumy fotograficzne z wklejonymi zdjęciami, powoli zaczynamy mieć problemy z pisaniem na papierze, ponieważ nie jest klawiaturą. Znalazłam w końcu argument przemawiający za tego rodzaju nowoczesnymi formami. Są w miarę trwałe (możemy kolekcjonować albumy zdjęć, słowo pisane itp.) Takie przemyślenia naszły mnie, gdy zaczęłam porządkować dzienniki podróży, sfatygowane skądinąd, stare widokówki, listy od przyjaciół. Widać na nich stygmaty minionych lat, czas nie oszczędza bowiem nikogo i niczego...bez wyjątku.
Wciąż na widok tych zapisanych kartek będę się uśmiechać, natomiast z perspektywy czasu widzę, ile wspaniałych wspomnień błąka się niejednokrotnie w czeluściach pamięci i czasem po prostu nie może znaleźć ujścia, bo zwyczajnie nie jesteśmy w stanie zapamiętać wszystkiego. Stąd, idąc z duchem czasu i oszczędzając parę drzew, pomysł tego bloga, a raczej zapisku podróży.
Właśnie! Podróży! bo o tym będę pisać, bo to daje mi radość, wolność, bo wtedy czuję, że żyję, ale żyję przez duże Ż. Co więcej, robię to z pobudek stricte egoistycznych, bo połączę w ten sposób moją pasję do poznawania i do pisania. 
Na koniec wypadałoby się przedstawić. Jestem Róża, jestem marzycielką, uwielbiam czuć wiatr we włosach, słońce na twarzy, moim żywiołem jest woda, kocham góry, ludzi, naturę, książki i czekoladę :) Uważam, że wszystko jest w życiu możliwe, jeśli się do tego uparcie dąży, a im bardziej nieprawdopodobne są nasze marzenia tym z większą mocą pragniemy je spełniać. Podróżuję... złapałam bakcyla i już się nie wywinę. To wspaniałe uczucie, kiedy lata temu moja mała wieś była dla mnie swoistą enklawą, a teraz jestem obywatelem świata, który wzywa mnie do siebie zza gór, mórz i oceanów...
A więc przybywam świecie, przybyyyyywam, zaczekaj już pędzę!

Róża


,,Nie podróżujemy aby uciec przed życiem, ale po to aby życie nam nie uciekło!"